piątek, 19 lipca 2013

The Florida Keys - Key West

Zostając w plażowym klimacie dzisiaj o południowym krańcu Florydy.

The Florida Keys to archipelag wysp leżących w południowej części Florydy. Połączone są prawie 50-cioma mostami, z których najdłuższy to słynny Seven Mile Bridge. Najbardziej wysuniętą na południe wyspą jest Key West, z największym miastem całego archipelagu noszącym tą samą nazwę.

Sama droga na Key West trwała okolo 4,5h. Po obu stronach autostrady rozciągała się bezkresna toń Atlantyku po jednej stronie i Zatoki Meksykańskiej po drugiej. Raz na jakiś czas mijaliśmy większe miasteczka z najsłynniejszą miejscowością wypoczynkową archipelagu - Islamoradą. Siedmiomilowy most był jednym z ostatnich w drodze na Key West, a gdy kierowca oświadczył, że przejechaliśmy właśnie ostatni i wjeżdżamy do miasta byłam naprawdę bardzo podekscytowana.

Na wyspie znajduje się najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, który znajduje się zaledwie 140 km od stolicy Kuby - Havany. Prawdę mówiąc czułam się jakbym była poza granicami USA - wszystko było totalnie inne od Waszyngtonu, klimat był tropikalny a ludzie zdecydowanie milsi. Chyba nigdy tak intensywnie nie czułam gorąca, a wszystko przez naprawdę wilgotne powietrze. Oddychając czujesz jak para wodna wypełnia płuca, powietrze jest tak gęste. No i niestety aż 2 razy się przegrzałam! Nigdy w życiu mi się to nie zdarzyłom ale tam nawet wypicie ponad 2 litrów chłodnej wody nie było w stanie mnie "schłodzić". Ale przejdźmy do faktów dotyczących samego miasteczka... ;-)

Key West zamieszkuje około 30 tysięcy mieszkańców, zdecydowana większość całej populacji Florida Keys. Od samego początku byłam oczarowana klimatem tego miejsca. Na pierwszy ogień poszło Key West Museum of Art & History, które już z zewnątrz zachęcało żeby zobaczyć co kryje się w jego obrębie. Do środka niestety nie wchodziłam, ale kilka eksponatów znajdowało się na zewnątrz.

Kolejnym przystankiem był port, w którym stał jeden z większych statków wycieczkowych jakie widziałam. Tam też zjadłam słynny Key Lime Pie, czyli ciasto podobne do sernika, jednak o wiele słodsze, o wyraźnym smaku limetki. Miałam problem z decyzją czy jest to bardziej słodkie czy kwaśne! Z pewnością pochłonąć jeden kawałek samemu to wyzwanie. Dobrze, że miałam wsparcie ;-)

Następnym punktem programu był Southernmost Point of the Continental USA, jednak w drodze do niego zahaczyłyśmy o dom Ernesta Hemingway'a, latarnię morską oraz symboliczny początek autostrady krajowej US-1 z zerową milą. Gdy w końcu dotarłyśmy do pomnika znaczącego najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentalny Stanów Zjednoczonych byłam zaskoczona kolejką, żeby zrobić sobie zdjęcie. Właściwie to nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie ogonka ludzi, w którym trzeba będzie stać 20 minut! Miejsce to na wszystkich zdjęciach wygląda tak spokojnie, a w rzeczywistości to kawałek betonu, pod którym tłoczy się tłum ludzi żeby zrobić sobie zdjęcie.

Wymęczone kilkugodzinnym chodzeniem chciałyśmy chwilę posiedzieć na plaży, jednak miejsce które znalazłyśmy ze znakiem "najlepsza plaża na Key West" było tak beznadziejne, że po 10 minutach stwierdziłyśmy, że czas zawrócić. Generalnie cała plaża nie prezentowała się źle, ale ciężko mi nazwać plażą coś, co ma wymiary 10x50m. Zawróciłyśmy stamtąd i zdecydowałyśmy się wrócić do centrum miasteczka, żeby dokładniej zbadać co kryje się w marinie. Po drodze napotkałyśmy mnóstwo uroczych kościółków, które naprawdę reprezentowały karaibski klimat. A pomiędzy tym wszystkim restauracja o chwytliwej nazwie Better Than Sex. W końcu po długim i wyczerpującym spacerze (okupionym przegrzaniem właśnie) dotarłyśmy do celu. Strasznie spodobał mi się jeden mały budynek, który był wypełniony obrazkami z charakterystycznymi miejscami znajdującymi się w Key West. Weszłam do sklepu z pamiątkami, żeby zobaczyć czy jest coś ciekawego oprócz tandetnych magnesów i breloczków i znalazłam... Spongeman'a :-) Przed jednym ze sklepików stał słupek wskazujący różne miejsca na świecie razem z odległościami i szczerze mówiąc przetarłam oczy ze zdziwienia! Zobaczyłam KALISZ!!! :-) Jednak prawdą jest to co zawsze powtarzam - Polacy byli i są dosłownie wszędzie. Na sam koniec weszłam do naprawdę niestandardowego sklepu z pamiątkami, chyba właściciele byli fanami Gnijącej panny młodej. Sami się przekonacie jak zobaczycie zdjęcia!

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i po długim, męczącym, ale naprawdę świetnie spędzonym dniu na malowniczej wysepce trzeba było wracać z powrotem. Przed odjazdem autobusu poległam na trawniku w okolicy portu. W autobusie też spałam, ale na szczęście obudziłam się w porę żeby zobaczyć choć trochę z zachodu słońca. W drodze powrotnej z autostrady był świetny widok na Miami, niestety z powodu brudnych szyb autokaru i prędkości żadne zdjęcia nie wyszły dobrze. Obrazek ten jednak przechowam w głowie i mam nadzieję, że nigdy tego nie zapomnę! ;-)

Na prawo woda, na lewo woda... I czasem jakaś niezamieszkana tropikalna wysepka :-)

To najlepiej określić można jako "był sobie most"

Ta para powita wszystkich przed budynkiem Key West Museum of Art & History











Mile 0 i początek austrady US-1

Wakacje spędzone Somewhere Over the Rainbow ;-)

Dom Ernesta Hemingway'a


A ten pan sobie siedział i malował, myślałam, że można to zobaczyć tylko w filmach! ;-)


Jeden z hoteli. Był tak kolorowy, że od razu na myśl przyszedł mi dom Pippi Langstrumpf


"Słynna" i "najlepsza plaża na Key West". Tutaj widok z betonowego i brzydkiego mola


Jeden z murali, co ciekawe nazwisko pierwszego z kilku autorów było... polskie!



Key West Marina












Ostatni widok na marinę i...




...bardzo oryginalne pamiątki!

Zachód słońca nad Everglades National Park





wtorek, 16 lipca 2013

Outer Banks, North Carolina

Miniony weekend spędziłam w Southern Shores - nadmorskiej miejscowości w Karolinie Północnej.
Północna Karolina, z resztą tak jak i Virginia zaliczane są już do południowej części Stanów Zjednoczonych (czyli bardziej rolniczej), więc krajobraz różni się od północnej części. Mimo wszystko część Virginii w której mieszkam, ciągle wygląda jak północ ;-)

Już po przekroczeniu granicy z Karoliną Północną widoki za oknem były inne. Wszystkie miasteczka były dosłownie miasteczkami, sennymi na dodatek. W Karolinie Północnej aktualnie nic się nie dzieje, mam wrażenie, że stan ten odegrał w przeszłości swoją rolę i teraz może być spokojnie na emeryturze. Naszym celem była miejscowość położona na tzw. Outer Banks, czyli pasie wybrzeża, który oddziela ocean od zatoki i reszty kontynentu. Outer Banks tworzy kilkanaście wysepek, natomiast sam pas lądu jest mniej więcej taki, jak Półwysep Helski w najszerszym miejscu. Plaże Karoliny Północnej znałam przede wszystkim z książek Nicholasa Sparks'a i powstałych na ich podstawie filmów i cieszę się, że mogłam je zobaczyć na własne oczy. Dowiedziałam się nawet, że niecałe 30 mil od miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy, kręcony był film Noce w Rodanthe, a dom, gdzie miejsce miała cała akcja filmu przez długi czas wystawiony był na sprzedaż i gdy w końcu ktoś zdecydował się go kupić - otworzył w nim restaurację. Oczywiście reklamują ją tym, że kręcono tam film. Co ciekawe w filmie dom znajduje się dosłownie przy plaży, a teraz, kilka lat po jego nakręceniu, właściciele musieli go przenieść, ponieważ ocean stwarzał dla niego ciągłe zagrożenie.

Swój pierwszy raz w oceanie zaliczyłam na Florydzie, i chociaż tutaj jest ciągle ten sam ocean, a temperatura przekracza 30 stopni w cieniu, to jednak temperatura wody jest o wiele bliższa Bałtykowi. Właściwie to czułam się prawie jak nad Bałtykiem, z tą różnicą, że piasek i krajobraz za plażą był inny niż w Polsce. No i woda była nieporównywalnie czystsza. Mimo wszystko w takich momentach strasznie mi tęskno do naszego morza i plaży. Na pewno nie można mnie zaliczyć do osób, które "cudze chwalą, a swojego nie znają". To co mamy nad polskim morzem to dla mnie cud natury ;-)
 
W sobotę po południu uskuteczniłam spacer brzegiem Atlantyku, 5km w jedną stronę. Gdy wróciłam do domu, to nawet nie czułam się zmęczona. Spędzając tyle czasu w Virginii z dala od wody, w końcu mogłam się nią nacieszyć. I naprawdę, nie dziwię się, że Nicholas Sparks akcje większości swoich książek umieścił właśnie tutaj. Jest naprawdę pięknie. Jedyne czego mi brakuje, to zachodu słońca nad samym morzem. Na Wschodnim Wybrzeżu możesz podziwiać tylko wschody, na Zachodnim - zachody. Jak na razie każdą okazję żeby zobaczyć wschód przespałam, ale wierzę, że kiedyś mi się jeszcze uda to tutaj zobaczyć.

W niedzielę rano stwierdziłam, że znów pójdę na spacer, tym razem nie w stronę mola w Kitty Hawks, a tego drugiego w Duck (tak, tak - miejscowość nazywa się Kaczka:-). Ponoć dystans ten sam, ale po dojściu do mola byłam pewna, że jest jednak dłuższy. Plus silne fale i największe słońce. Łatwo nie było tak dreptać. A jak teraz wyglądam? Możecie mówić na mnie rak ;-)
Co ciekawe, na plaży było mnóstwo meduz, ale są one zupełnie inne od tych, które do tej pory widziałam. Nie parzą, są dość twarde (bynajmniej po wyrzuceniu ich przez morze) i jest ich pełno. Patrząc na mewy miałam wrażenie, że te amerykańskie to też jakieś takie xxl, a oprócz nich zobaczyć można pelikany. Wiecie co biega najszybciej po plaży? Kraby! Których też są krocie - małe, duże, zielone i beżowe. Wszystkie mieszkają w dziurach wydrążonych w piasku i potrafią niesamowicie szybko do nich uciekać.

A teraz mała lekcja historii. Kto latał samolotem łapka w górę! Pamiętacie komu zawdzięczamy to, że możemy latać? Bracia Wright. Urodzeni w Ohio, pierwszego udanego lotu maszyną latającą dokonali właśnie tutaj, w Karolinie Północej (), prawie 110 lat temu. Pamiętałam ich z lekcji historii o wynalazkach, jednak nie wiedziałam gdzie to miało miejsce. Teraz już wiem, a ponadto mogłam zobaczyć to miejsce na własne oczy. Oprócz pomnika upamiętniającego braci Wright, zobaczyć można również replikę ich obozu oraz hangaru (którego wymiary to mniej więcej 3x8m) oraz kamienie milowe, znaczące jak daleko udało im się "pofrunąć" podczas każdej z 4 prób.

Podsumowując - spędziłam świetny weekend spacerując brzegiem oceanu, jedząc pyszne włoskie jedzenie i pływając w przerwach w basenie ;-) Żyć, nie umierać, jednak trzeba było w końcu wrócić na ziemię...








Molo w Kitty Hawk, NC

 


Jestem Krabem! :-)

Molo w Duck, NC
 















To właśnie z tej górki wystartował pierwszy "samolot"






środa, 10 lipca 2013

Everglades National Park

Pierwszego dnia po przyjeździe na Florydę, wybrałam się na wycieczkę do Parku Narodowego Everglades. Słynny jest przede wszystkim z tego, że można zobaczyć tam aligatory w naturalnym środowisku! Jakby nie było, widziałam kilka! :-)

W drodze do parku miałam w pamięci krokodyle, które widziałam w gdańskim zoo i myślałam, że tutaj nie będę wcale "przeżywać" tego, że je zobaczę. W rzeczywistości... przeżywałam! :-) Nie można porównywać zobaczenia niebezpiecznego zwierzęcia w klatce/akwarium do zobaczenia go w naturalnym środowisku. Na samym początku przewodnik ostrzegł nas, żeby absolutnie nie wystawiać niczego poza łódkę - aligatory to maszyny do zabijania, z otwartą paczą wyczekują ofiary, a gdy już ją zamkną to nie puszczą. A jaka jest różnica między krokodylem a aligatorem? Aligatory możemy spotkać tylko w Chinach i USA.

Park Narodowy Everglades powstał w wyniku ochrony lasów namorzynowych. Ciekawostką jest to, że jest to największy tego typu las na całej półkuli północnej. Sama wycieczka po parku to "rejs" pewnego rodzaju motorówką, która w tylnej części ma olbrzymi silnik z wiatrakiem. Czasami to dosłownie lataliśmy ponad powierzchnią wody. Tak jak szybciej pisałam, panował absolutny zakaz wystawiania czegokolwiek poza łódkę - w lasach namorzynowych rośnie wiele traw, które przy takiej prędkości mogłyby naprawdę nieźle pociąć ręce.

Główną przyczyną odwiedzin turystów w Everglades jest chęć zobaczenia aligatorów. Jednak należy pamiętać, że jest to park narodowy a nie zoo. Nie można być pewnym zobaczenia tych gadów. Mi się na szczęście udało ;-) Pierwszym aligatorem, którego zobaczyłam był kilkumiesięczny mały aligatorek. Co ciekawe, gdy są małe, posiadają żółte paski na ciele. Nasz "rejs" zbliżał się już ku końcowi i byliśmy zawiedzeni, że nie udało nam się zobaczyć dużego aligatora. Jednak na samym końcu pojawiły się aż 2! Nie były to co prawda bardzo duże aligatory, ale wystarczyło mi to, żeby poczuć się usatysfakcjonowaną.

Po skończonym rejsie przyszedł czas na Wild Life Show. Zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu widziałam naprawdę olbrzymią ropuchę. Najśmieszniejsze było to, gdy przewodnik zmusił jedną z dziewczyn (która była ze swoim chłopakiem), do pocałowania tego obrzydliwego płaza i obietnicą, że zmieni się w księcia ;-) Oprócz aligatora pokazał nam również skorpiona, a także zagrożony wyginięciem gatunek kakadu.

Na sam koniec chętni mogli zrobić sobie zdjęcie z około 3-letnim aligatorem. Założyli mu na paszczę gumkę, żeby jej nie otworzył... Ale generalnie to szkoda mi tego gada. Codziennie przekazują go turystom z rąk do rąk, podejrzewam, że nie jest to wymarzone dla niego życie... ;-) Jakby nie było, zawsze mogli go przerobić na Aligator Sandwich!