Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Canada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Canada. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Pocztówki z podróży - Kanada.

Słynny zegar parowy w Gastown.
Przemierzając kolejne ulice Kolumbii Brytyjskiej uśmiech nie schodzi z mojej twarzy. Strasznie mi się tu podoba. Czuję, że to Ameryka Północna, jednak widzę różnice między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi. 

Widząc panoramę miasta oraz roztaczające się za nim góry, czuję, że to miejsce mogłoby być kiedyś moim domem. Ocean i góry, a do tego upalna lipcowa pogoda, dodające jeszcze więcej uroku temu miejscu.

Po wyczerpującej podróży oraz przygodzie z orkami (która wypompowała ze mnie resztki energii) z ulgą poszłam spać.

Wypoczęta i radosna budzę się w poniedziałkowy poranek. Czas na śniadanie! Trafiamy do naprawdę sympatycznej kawiarenki i wybieramy stolik. Wiele tam zdjęć i obrazów na ścianach. Moją uwagę przykuwa jednak zdjęcie wiszące bezpośrednio nad naszym stolikiem, a na fotografii nic innego, lecz Hawaje!

Z pełnymi brzuchami jedziemy zwiedzić okolicę i wybór pada na Stanley Park. Nie spodziewałam się, że spędzimy tam cały dzień! Z całą pewnością było warto.

Późnym popołudniem udajemy się do North Vancouver, gdzie zatrzymamy się na dwie noce. Miejsce jest naprawdę magiczne - nie dziwię się, że właściciele nazwali je Magic Cove

Widok może przywodzić na myśl jezioro, jednak jest to jedna z zatoczek Oceanu Spokojnego.
 



***

Tegoroczny wyjazd do Kanady znacznie się różnił od zeszłorocznego. Przede wszystkim spędziłam o wiele więcej czasu poza miastem, a w Kolumbii Brytyjskiej naprawdę jest co robić i co zobaczyć! Turyści odwiedzają te okolice okrągły rok - jest tu sporo miejsc do letniego wypoczynku, zimą zaś miejsce to zamienia się w mekkę sportów zimowych, z jednym z najsłynniejszych kurortów na świecie - Whistler.

Żałuję, że nie miałam okazji spenetrować centrum miasta, jednak kto wie, może jeszcze tam wrócę?

Atrakcją nr. 1 było bezsprzecznie Orca Watching Tour. Kolejne to Lynn Canyon Suspension Bridge oraz Grouse Mountain.

***
Lynn Canyon Park & Suspension Bridge

Początkowo chciałam się wybrać do Capilano Suspension Bridge. Park oferował wiele dodatkowych atrakcji, takich jak Cliffwalk oraz Tree Tops Adventure. Wstęp jest jednak płatny (prawie $40 + $5/parking), więc zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno warto. Orca Watching Tour nie należała do najtańszych, więc nie chciałam wydać masy pieniędzy w ciągu kilku pierwszych dni (miałam przed sobą jeszcze 13 dni w podróży). Szukałam informacji w internecie i okazało się, że niedaleko znajduje się inny suspension bridge. Co prawda zawieszony jest niżej i jest krótszy, ale wstęp do parku jest całkowicie darmowy. Chyba nie muszę tłumaczyć jaka była decyzja. 

Dodatkowo w momencie, gdy weszliśmy na most i odczekaliśmy, by wszyscy turyści z niego zeszli, byśmy mogli zrobić dobre zdjęcie bez tłumów za plecami, zostaliśmy z mostu praktycznie przegonieni! Dlaczego? Okazało się, że po drugiej stronie czekała ekipa filmowa, która kręciła tam film!

Nie pozostało nam nic innego jak powłóczyć się po lesie (w którym wyznaczonych było kilka szlaków).

W parku panowała cisza i spokój. Wybraliśmy jeden z najkrótszych szlaków wiodący wzdłuż rzeki do kolejnego mostu, z powrotem do słynnego suspension bridge. Drugi most był już wykonany z drewna, a pod nim naszym oczom ukazało się kilka małych wodospadów, które od razu na myśl przywiodły te z Hawajów.
Gdy wróciliśmy ze szlaku na moście nie było ani ekipy filmowej ani tuzinów turystów.
Żadne zdjęcie nie odda tego, jak to wyglądało w rzeczywistości. Musicie uwierzyć na słowo, że te drzewa były po prostu olbrzymie!
 ***

Grouse Mountain - the Peak of Vancouver

Grouse Mountain (1231 m n.p.m.) to jeden ze szczytów górujących nad Vancouver.
Zimą jest popularną destynacją dla narciarzy i snowboardzistów. Z racji, że był to nasz ostatni pełny dzień w Kanadzie chcieliśmy zrobić coś "ekstra". Moją uwagę przykuł Mountain Ziplining oraz możliwość zobaczenia niedźwiedzi grizzly w sanktuarium.

Okazało się, że Grouse Mountain ma do zaoferowania o wiele więcej - wybraliśmy pakiet, który zawierał przejazd gondolą na górę i z powrotem, wyciąg krzesełkowy na sam szczyt, wjazd na Eye of the Wind oraz oczywiście Mountain Ziplining. Dodatkowo na szczycie zobaczyć można było wspomniane wcześniej niedźwiedzie grizzly, prezentację dzikich ptaków oraz pokaz drwali (brzmi dziwnie ale było naprawdę śmiesznym i pozytywnym show).


Za dodatkową opłatą można było również wybrać się na wycieczkę helikopterem.

1 lipca obchodzone w Kanadzie jest święto narodowe - Dzień Kanady. Jakie było moje zdziwienie, gdy znajoma Kanadyjka spytała się mnie tego dnia rano czy może wpaść na chwilkę. Gdy otworzyłam drzwi zobaczyłam ją razem z dwójką jej synów - wszyscy troje w koszulkach z napisem Canada. Usłyszałam wtedy Happy Canada Day oraz dostałam pudełko babeczek przystrojonych kanadyjską flagą. Gdy powiedziałam, że za kilka dni będę w ich kraju, starszy z chłopców krzyknął, że muszę spróbować Beaver Tails. Jego mama powiedziała jednak, że nie wie czy sprzedają je na zachodzie Kanady. Okazało się, że na Zachodnim Wybrzeżu znajduje się jeden jedyny punkt sprzedaży  i to właśnie na szczycie Grouse Mountain. Nie mogłam nie spróbować tego słynnego we wschodniej Kanadzie ciastka. W smaku przypomina trochę pączka, sprzedawany jest na gorąco. My zdecydowaliśmy się na wariant z sernikiem i karmelem, jednak na szczęście podzieliśmy się nim na pół. Było przepyszne lecz również przesłodkie. Jeśli ktoś będzie natomiast odwiedzał kanadyjski East Coast to cukiernia Beaver Tails jest punktem obowiązkowym (żałuję, że nie wiedziałam o tym rok wcześniej;)!
Wydaje mi się, że nie chciałabym spotkać się z misiem oko w oko w lesie!

Proszę państwa, oto miś. A nawet dwa! Poznajcie dwa niedźwiadki, a właściwie niedźwiedzie. Ich imiona to Grider oraz Coola, które zostały przyjęte do stworzone na szczycie Grouse Mountain rezerwatu. Oba misie zostały osierocone.
Oto bielik amerykański (bald eagle), będący jednym z symboli Stanów Zjednoczonych. Powyższe zdjęcie przedstawia młodego osobnika. Gdy będzie on w pełni dorosły jego upierzenie całkowicie zmieni kolor.
 

Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się znaleźć czas żeby edytować filmiki z naszej Zipline Adventure, na którą składało się pięć zjazdów. Dwa ostatnie miały odpowiednio 400m i 450m. Ostatni przejazd miał chyba najbardziej malownicze widoki, natomiast lina zawieszona była ponad wierzchołkami najwyższych drzew!
 

Eye of the Wind to potężny wiatrak, stojący na szczycie Grouse Mountain. Jest to jedyna na świecie turbina wiatrowa, która posiada specjalnie stworzoną szklaną kabinę na szczycie wieży, z której roztacza się przepiękny widok na zatokę, Vancouver oraz góry. Kabina znajduje się jedynie 3 metry od potężnych ostrzy wiatraka.

Widok z wyciągu krzesełkowego. Półwysep po lewej stronie to Stanley Park.


piątek, 22 sierpnia 2014

Your flight has been canceled. (Waikīkī & Vancouver)

Dokładnie 4 lipca w południe zaczęła się wyczekana wolność. Wyszłam z domu i wiedziałam, że do tych wakacji wspomnieniami wracać będę wielokrotnie...

Pracy ostatnio było o wiele więcej niż powinno. Do tego jeszcze więcej stresu i odliczanie do momentu, kiedy będę mogła się tym nie przejmować.
Amerykanie świętują Dzień Niepodległości, a ja świętuję swoją własną niepodległość.
Droga do Waikīkī jest nadzwyczajnie przyjemna i choć może Ci się to wydać dziwne, ale z nadzieją patrzę na tą szesnastodniową ucieczkę od raju. Pierwszy dzień wakacji zasługuje na porządny "świąteczny" obiad, który przy akompaniamencie ananasowego cydru wywołuje jeszcze większy uśmiech na mojej twarzy.I wtedy z tego całego "czwartolipcowego" amerykańskiego oszołomienia wyrywa mnie całkiem poważny głos, mówiący, że nasz lot został odwołany. Wciąż z uśmiechem na twarzy pytam się "Ale jak to? To przecież niemożliwe". Po czym kolejna przyjacielska rada brzmi "sprawdź maila".
Niemożliwe jednak jest możliwe. Misternie zaplanowane wakacje zaczynają się od odwołanego lotu. Co jeszcze może pójść nie tak? W mojej głowie przebiegają nieznośne myśli, że jeszcze z tego całego zamieszania nie wpuszczą mnie z powrotem do Stanów Zjednoczonych, bo przecież moja wiza jest teoretycznie nieważna, a celnicy na pewno nie będą chcieli słuchać, że mój dokument DS-2019 jest ważniejszy od tej naklejki w paszporcie.

Kolejne minuty strasznie się dłużą, po czym przychodzi kolejny e-mail z datą nowego lotu. Och, moje kochane Hawaje! Wyjechać miałam wczesnym sobotnim rankiem, a wieczorem oddychać chciałam już kanadyjskim powietrzem. Nic z tego. Kanada musi poczekać do niedzieli. Jednak szczęśliwym zrządzeniem losu, layover, który w zaistniałej sytuacji trwać ma ponad 12 godzin nie będzie taki zły. Jak często się zdarza, że lotnisko, na którym masz utkwić posiada jedyną w swoim rodzaju zaletę, a mianowicie najlepszą przyjaciółkę mieszkającą w okolicy?! Miałyśmy się zobaczyć 7 dni później, ale wiedziałam, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Już wiem, że zostawię u niej połowę bagażu, którego nie będę potrzebować w ciągu pierwszych 7 dni moich wyczekanych wakacji.

Zaczyna się ściemniać. Czas na fajerwerki! Największy pokaz na wyspie będzie właśnie tu, w Waikīkī. Ale zanim to nastąpi mamy okazję oglądać zachód słońca w raju, siedząc między tysiącem ludzi - mieszkańców i turystów, czekając na mrok i kulminację amerykańskiego święta. Mimo piękna tej chwili, minuty płyną zbyt wolno. Myślami jestem już gdzieś tam w Ameryce Północnej, w kraju, gdzie czuję się jak w domu. Już chcę tam być i oddychać tamtejszym powietrzem.

***

Budzę się ze snu, w ustach mam sucho, lecz na szczęście stewardessa rozdaje wodę. Zaraz będziemy poschodzić do lądowania. Mainland jak potocznie mówi się o kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych zaraz stanie się rzeczywistością. Po raz drugi będę w Kalifornii!

***

Jak przyjemnie było się wyspać na kanapie, a nie na twardej podłodze lotniska w San Francisco! Mimo wczesnej pory nie mogę się już doczekać mojej destynacji. 

Dzień wcześniej miałam problem z online check-in, ale zbytnio się tym nie przejęłam. Podchodzę do samoobsługowego stanowiska, wpisuję numer rezerwacji i miejsce docelowe. Uzupełniam wszystkie dane i skanuję paszport. Wyświetla się informacja, że potrzebuję wizy. Myślę sobie, że to jakiś żart! Przecież rok wcześniej wizy nie potrzebowałam, w imię nowych przepisów mówiących, że polscy obywatele posiadający paszport biometryczny takiej nie potrzebują. 

Zgłaszam się do agenta linii lotniczych. Zdezorientowana pani usiłuje mi wmówić, że potrzebuję wizy, a ja upieram się, że nie. Tłumaczę o co chodzi, jednak widzę niedowierzanie na twarzy mojej rozmówczyni. Mija pięć minut, w trakcie których zdążyłam już sprawdzić na rządowej kanadyjskiej stronie, że owszem, wiza nie jest mi potrzebna. Agentka informuje mnie, że nie może wydać mi karty pokładowej, bo mój paszport nie przeszedł przez ich system kontrolny. Zestresowana już wyobrażam sobie, że Vancouver pozostanie tylko marzeniem. 

30 minut później po kilku telefonach, w tym do centrum dowodzenia United Airlines znajdującym się w Teksasie zostaję poinformowana, że jednak miałam rację i zaraz dostanę boarding passi. Kamień z serca! Kanado, nadchodzę!

***

Lot przebiega sprawnie, choć zmęczenie spowodowane zmianą czasu i dwoma zbyt krótkimi nocami, by się wyspać, powoli zaczyna ze mnie wychodzić. Pilot informuje, że pojawią się dość silne turbulencje. I faktycznie, dawno mnie tak nie "wytrzęsło" podczas lotu. Jesteśmy coraz bliżej Kanady, gdy pilot informuje, by spojrzeć przez okno i podziwiać wciąż czynny wulkan Mount St. Helens. Wygląda bajkowo - cały pokryty śniegiem, mimo, że jest lipiec. Niedługo potem ukazuje się jeszcze większa góra Mount Hood, de facto również wulkan oraz najwyższy szczyt stanu Waszyngton. Wszystko to wygląda nierealnie - samolot zdaje się powoli sunąć nad pobielanym masywem, który zdaje się być tak blisko nas.
Jeszcze nie wiem, że owe "białe góry", choć różne, będą mi towarzyszyć w ciągu pierwszego tygodnia mojej wyprawy nieustannie.

***


 
 
Totemy po wyjściu z lotniska.
Lądujemy! Stewardessa w imieniu linii lotniczych i załogi wita nas w Kanadzie. Jest pochmurno, zanosi się na deszcz, ale wszystko wygląda tak inaczej od Hawajów! Lotnisko jest przestronne i świetnie zaprojektowane. Już od samego początku przybliża krajobraz Kolumbii Brytyjskiej, jej historię i tradycje. W terminalu znajduje się nawet wodospad!
 
Szybko podchodzę do znudzonego, rudego celnika, który poniekąd przypomina mi Rona z Harrego Pottera. Myślałam, że Kanada przywita mnie z otwartymi ramionami, tak jak miało to miejsce rok temu, jednak tym razem nic z tych rzeczy. Najwięcej podejrzeń wzbudza polski paszport w związku z faktem, że przyleciałam ze Stanów. Muszę się dokładnie wyspowiadać co robię w USA, co zamierzam robić w Vancouver i jakie atrakcje zamierzam zobaczyć. Celnik leniwie wbija mi pieczątkę do paszportu, a ja oficjalnie jestem już za północną granicą Stanów Zjednoczonych.










Rośliny rosnące na ścianie? Czemu nie!
 Szybka wymiana waluty, wynajęcie samochodu i już jesteśmy w drodze do Richmond, znajdującego się na południe od Vancouver. Brak mapy, gpsa oraz internetu nie staje nam na przeszkodzie, żeby dotrzeć do celu.

A co dokładnie zamierzamy robić w Richmond? Przyjechaliśmy tam, żeby zobaczyć orki. Któż nie pamięta sympatycznego Williego z Uwolnić Orkę? Był to chyba jeden z moich ulubionych filmów, a teraz ja sama stoję gdzieś w pobliżu wschodniego wybrzeża Pacyfiku, żeby zobaczyć te niesamowite zwierzaki w ich naturalnym środowisku. 

Wybraliśmy szybszą łódkę, bez dachu, która ma skakać na falach niczym jet ski. Ale najpierw, mimo upału, dostajemy grube i ciężkie kombinezony. Tak ubrani idziemy w kierunku łódki, by później przeżyć niesamowitą przygodę z orkami w roli głównej. 






Natrafiliśmy na całą rodzinę orek - samca, samicę i nawet malutką orkę, która raz po raz próbowała skakać tak jak jej starsi przyjaciele. Udało nam się zobaczyć orkę wynurzającą się pionowo z oceanu, by zlokalizować pożywienie (byliśmy świadkami polowania na fokę). Byłam tak zmęczona, że nawet nie wiem kiedy usnęłam w oczekiwaniu na te wynurzające się ssaki! Obudziłam się w momencie kiedy jedna orka wynurzyła się obok naszej łódki - niesamowite przeżycie.

***

Stanley Park to pierwszy park jaki w ogóle powstał w Vancouver. Ziemie, na których się znajduje, były w zamieszkane przez rdzenną ludność.
Sam park nie jest wytworem żadnego architekta - praktycznie to jak wygląda dzisiaj jest wynikiem naturalnej ewolucji tych ziem.
Stanley Park jest prawie w całości otoczony wodami Oceanu Spokojnego. Znajduje się on w granicach miasta (południowa granica bezpośrednio sąsiaduje z centrum), lecz niesamowite jest to, że właśnie mimo tak małej odległości od wielkiej metropolii, można znaleźć się blisko natury.
W parku odpoczywają mieszkańcy, lecz jest on nie lada atrakcją również dla turystów.
Szlak wiodący dookoła parku ma długość ok. 9 km (przeszłam go w całości!), najczęściej natomiast pokonywany jest na rowerze. Można również skorzystać z busika, który zatrzymuje się w najważniejszych i najbardziej malowniczych miejscach (bilet na cały dzień kosztuje $10 - można dowolnie wsiadać i wysiadać).

Z zachodniego i północnego wybrzeża podziwiać można piękne widoki na English Bay, odpocząć na jednej z kilku plaż i po prostu rozkoszować się wszechobecną naturą. Wybrzeże wschodnie posiada natomiast piękny widok na centrum Vancouver oraz przystań.


Kolor oraz temperatura wody niczym nie przypominają Hawajów. Podobnie w przypadku znudzonego ratownika, opatulonego ciepłą kurtką, mimo upału jaki panował tego dnia (nad wodą było nieco chłodniej, a ja w szortach i koszulce bez rękawów też trochę marzłam). Woda przypominała mi Bałtyk, a na horyzoncie można było zobaczyć mnóstwo wielkich barek. Kolejna różnica między hawajskim a kanadyjskim ratownikiem, o której pewnie nawet nie myślimy? Na Hawajach ratownicy mają deski surfingowe (w końcu to mekka surferów!), w Kanadzie obok ratownika mamy łódź.
 

Stuprocentowej pewności nie mam, ale wydaje mi się, że te kamienie poustawiane na skałach mają jakiś związek z wierzeniami rdzennych mieszkańców.
Mimo tłumów przewijających się przez park na rowerach, rolkach oraz pieszo, udało mi się odczekać moment i zrobić zdjęcie dokładnie takie jakie chciałam, czyli bez wchodzących w kadr ludzi.
Wychodząc zza roku moim oczom ukazała się ta iglica "wyrastająca" prosto z wody. Widok bajkowy, a jeszcze piękniej wyglądało to z drugiej strony.

 

Park położony jest na półwyspie. Przez środek przebiega natomiast autostrada, prowadząca do North Vancouver. Most nad zatoką wygląda imponująco.
Kolejna miejska dżungla, która mimo wszystko wygląda uroczo.
 




Jeszcze więcej totemów! Pierwszy raz miałam okazję doświadczyć tak widocznej obecności związanej z rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej.
 

A na sam koniec śmieszna ciekawostka:

W parku znajdują się też świetne tereny rekreacyjne, place zabaw, a nawet basen! Jest również wodny plac zabaw dla dzieci, składający się z wielu "spryskiwaczy". Gdy rodzina chce wracać, a ich dziecko jest przemoczone to nie problem. Wystarczy "przepuścić" je przez suszarkę dla dzieci!

wtorek, 11 marca 2014

2013 review.

Jest już prawie połowa trzeciego miesiąca nowego roku. Zleciało w mgnieniu oka, prawda? Zabierałam się do napisania podsumowania 2013 roku od dłuższego czasu, jednak zawsze było "coś" co mnie od tego odciągało. Przede wszystkim był to stres związany z szukaniem nowej host rodziny. Czas wcale nie pomagał, wszystko szło na opak. Papiery wysłałam w piątek, 13 grudnia 2013 roku. Zastanawiałam się czy ta data nie będzie dla mnie zbyt pechowa, i przez dość długi czas tak myślałam, bo mój profil otworzony dla nowych rodzin został po prawie miesiącu. Pani z agencji powiedziała, że mam się nie martwić, gdyż większość dziewczyn znajduje nową rodzinę w 3 tygodnie. Ja miałam dokładnie tyle czasu - od momentu otworzenia mojego profilu, aż do dnia, kiedy upływał mi na to czas. Szczęśliwym trafem, rodzina #13 okazała się tym perfect match. I chyba tak po prostu miało być, wszystko ułożyło się pozytywnym zrządzeniem losu. A żeby było jeszcze zabawniej, to właśnie tego dnia, gdy dostałam ten wyczekany telefon, powiesiłam sobie nad biurkiem kalendarz z miejsca, do którego jadę. Ale to pozostanie na razie jeszcze tajemnicą.

Nowy rok wcale już nie jest taki nowy, ale dzisiejsza data jest dla mnie szczególna - dokładnie rok temu, 11 marca 2013 roku, po raz pierwszy postawiłam swoją stopę w Ameryce Północnej. Ten rok na pewno bardzo mnie zmienił i wiele nauczył. Wcześniejsze wyjazdy nie były takie długie, a będąc tutaj można poczuć się naprawdę daleko od tych najważniejszych i najbliższych osób.

Wracając do tematu posta - rok 2013 był jednym z lepszych. Zobaczyłam miejsca, o których nawet mi się nie śniło, po raz pierwszy moje stopy dotknęły Ameryki Północnej, a w Kanadzie poczułam się jak w domu.

A wszystko zaczęło się w Stambule - miejscu, gdzie Europa spotyka się z Azją, bo to właśnie tam przywitałam Nowy Rok.

Styczeń

Jedno z moich najulubieńszych zdjęć. Zrobione przez Wietnamczyka z Bostonu, którego w kwietniu spotkałam w Virginii, gdyż okazało się, że jego siostra mieszka 30 minut ode mnie. Dzięki niemu dorobiłam się zdjęć mnie w Stambule, a nie tylko samego Stambułu.

Nie trzeba być Włoszką, żeby budzić się przy takim widoku codziennie przez 2 miesiące! Dokładnie po 3 dniach od powrotu z Turcji wsiadłam do autobusu jadącego do Trento we Włoszech. Droga była długa, ale widoki i atmosfera miejsca wszystko wynagrodziła.
Noszenie tego stroju było dla mnie czymś normalnym w wakacje 2012 oraz w sezonie zimowym 2013. Praca jako animator w zimie znacznie różniła się od lata, jednak jak zwykle był to niesamowity czas, gdzie najlepszym wyznacznikiem dobrze wykonanej pracy było uznanie turystów, a szczególnie tych najmłodszych.

Luty

Jednym z najważniejszych wydarzeń lutego było kończący się karnawał, którego zakończenie hucznie obchodzi się we Włoszech. Powyższe zdjęcie wykonane zostało w tzw. Martedi Grasso, czyli w naszego Śledzika. Pierwsza wielka impreza karnawałowa odbywa się w Givedi Grasso, czyli w Tłusty Czwartek.

Marzec

Po włoskiej przygodzie w Dolomitach nadszedł czas, by wrócić na stare śmieci, dokładnie na 7 dni. W tym czasie trzeba było nacieszyć się rodziną i przyjaciółmi, zrobić wizę do USA, spakować się na cały rok i otworzyć się na kolejną przygodę życia.
Nowy Jork po raz pierwszy w moim życiu! W 2013 odwiedziłam go kilkakrotnie. Miasto, które każdy powinien zobaczyć na własne oczy, żeby pozbyć się złudzeń. Dla mnie świetne na weekendowy wypad, jednak nie sądzę, żebym chciała tam zamieszkać.
Również w marcu zaczęło się poznawanie DC. Po prawdziwej zimie spędzonej w Dolomitach, pierwsze wiosenne promienie słońca sprawiły niesamowitą radość. Nie mogłam uwierzyć w to, że Wielkanoc 2013 jest dla mnie taka ciepła. W Polsce można było ulepić śnieżnego zająca, ja tymczasem spacerowałam po Waszyngtonie w krótkim rękawku!

 Kwiecień

Kwiecień to dla mnie przede wszystkim wspomnienie kwitnącej, japońskiej wiśni. Słynny na cały świat, a odbywający się w Waszyngtonie Festiwal Kwitnącej Wiśni pozwolił mi naprawdę zakochać się w tym mieście. Jeśli ktoś chce odwiedzić DC, to najlepiej zrobić to wiosną!

 Maj

Majowa pogoda zachęcała, by odwiedzać DC nie tylko podczas weekendu, ale także w tygodniu. US Capitol to chyba obok Białego Domu najbardziej kojarzony z tym miastem budynek.
Pod koniec maja, w związku ze świętem Memorial Day wybrałam się ze znajomymi do Nowego Jorku po raz pierwszy od marca. Tym razem NYC naprawdę wywarło na mnie wrażenie, pogoda sprzyjała przemierzaniu przecznic i alei na pieszo. Podczas jednaj z takich wędrówek spotkałyśmy nawet Michalczewskiego! ;-)
Tyle się nachodziliśmy, że wracałam do domu z kontuzją kostki, jednak po paru tygodniach wszystko wróciło do normy, a ja zaczęłam przygotowywać się do nadchodzącego lata oraz wakacji.

  Czerwiec

W połowie czerwca po raz pierwszy (ale nie ostatni;) znalazłam się w Kanadzie. Wycieczka nad Wodospad Niagara była zwieńczeniem moich zajęć, na które musiałam uczęszczać by spełnić kryteria programu. Chociaż miasteczko położone nad wodospadami przypomina cyrk na kółkach oraz Mini Las Vegas w wersji kanadyjskiej, to jednak miło było tego doświadczyć. Wiedziałam, że to miejsce z prawdziwą Kanadą ma niewiele wspólnego, ale jakimś sposobem urzekł mnie ten kraj, że mam ochotę wrócić tam po więcej.
Krótko po powrocie z Kanady przyszła pora na moje wyczekane pierwsze wakacje od kiedy przyjechałam do Stanów. Do dwóch wymarzonych destynacji należała Kalifornia i Floryda. Od samego początku wiedziałam, że w Kalifornii chciałabym spędzić trochę więcej czasu, więc mimo zabójczych upałów pod koniec czerwca zdecydowałam się ruszyć na południe. Gdybym pojechała na Florydę teraz, na pewno wyjazd wyglądałby inaczej, ale nie żałuję tego, że było jak było. Zobaczyłam najważniejsze dla mnie rzeczy w Słonecznym Stanie - South Beach, Miami, Everglades National Park (czyli miejsce, gdzie można spotkać aligatora w jego naturalnym środowisku), Miami Ink. (!!!), jednak moje serce bezsprzecznie zostało skradzione przez Key West.

 Lipiec

Początek lipca wszystkim Amerykanom kojarzy się z jedną datą - 4 VII. To właśnie tego dnia Stany Zjednoczone uzyskały niepodległość, a wieczorne świętowanie wygląda tak jak nasz Sylwester. Ten dzień spędziłam w Alexandrii, natomiast wieczorne fajerwerki podziwiałam w Nation's Capital, czyli Waszyngtonie, DC.

Zeszłoroczny 4 lipca wypadł w czwartek, piątek również był wolny, więc długi weekend wykorzystałam na wycieczki po okolicy. Odwiedziłam stolicę stanu Wirginia - Richmond, która wcale mnie nie urzekła (dolne zdjęcia). Z ładnej pogody chciałam skorzystać jadąc na plażę i takim sposobem znalazłam się w Chesapeake Beach w stanie Maryland. Nie ukrywam, że byłam rozczarowana stanem plaży i zatoki, jednak cieszę się, że zobaczyłam to wszystko na własne oczy.

Również w lipcu spędziłam weekend z moją host rodziną i ich znajomymi z sąsiedztwa w Outer Banks w Karolinie Północnej. Tyle się naczytałam o tamtejszych plażach czytając książki Sparksa, że aż nie mogłam w to uwierzyć, że jestem tak blisko miejsc, w których działa się akcja jego książek. 30 mil od miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy kręcono natomiast film Noce w Rodanthe. Zaskakującym okazał się natomiast fakt, że pierwszy lot samolotem odbył się właśnie w Kitty Hawk, położonym na Outer Banks. Lekcja historii odrobiona! ;-)

 Sierpień

Gdy przygotowywałam zdjęcia z sierpnia, zdałam sobie sprawę, że ten miesiąc był naprawdę intensywny! Powyższy mix przedstawia National Harbor oraz Sandy Point State Park k. Annapolis. Zdjęcie zachodu słońca jest chyba jednym z piękniejszych jakie udało mi się do tej pory zrobić, ale mam nadzieję, że już niedługo zrobię lepsze! ;-)
Również w sierpniu odbywał się koncert OneRepublic! Atmosfera była świetna i z chęcią zobaczyłabym ich jeszcze raz żywo.

 W sierpniu pojechałam do słynnych w tych stronach jaskiń. Widoki były nieziemskie - wszystko za sprawą Appalachów. Jednym z najciekawszych miejsc w jaskiniach była tzw. Studnia Życzeń, gdzie ludzie mogli wrzucić pieniądze, które corocznie przekazywane są na cele charytatywne.


Moje drugie wakacje postanowiłam spędzić w Kanadzie. Powyżej przystanek numer 1, czyli Toronto! Największe miasto, drugiego największego kraju na świecie (pod względem powierzchni). Niespodzianką, którą przygotował mój couchsurfingowy host było oglądanie filmu wyświetlanego na jeziorze Ontario. Strzał w dziesiątkę! Tym bardziej, że było to na mojej to do list.
Z Toronto udałam się do Montrealu, czyli największego miasta francuskojęzycznej prowincji Quebec. Świetne jedzenie - przede wszystkim smoked meat i poutine. No i klonowe lody ;-) Również w tym mieście widziałam chyba najfajniejsze menu - drinki o naprawdę śmiesznych nazwach poprzyklejane zostały na winylowe płyty. Każda naklejka tak jak i drink była inna!
Ostatni kanadyjski przystanek - Quebec City, gdzie tambylcy uważają się na bardziej za Quebekczyków niż Kanadyjczyków. Paradoksem jest to, że w najbardziej francuskim mieście Kanady, jedną z największych atrakcji turystycznych jest uroczysta zmiana warty, przypominająca, że głową państwa jest Elżbieta II.
Ostatni przystanek podczas tamtych wakacji - Boston, znany również jako miasto uniwersytetów. Ten najsłynniejszy - Uniwersytet Harvard'a, wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie. W końcu miałam okazję zobaczyć kampus, jaki wcześniej tyle razy oglądałam w filmach. Boston jest ładny, ale serca mi nie skradł - chyba Kanada okazała być się dla mnie za dobra, a zmęczenie podbiło moje rozczarowanie, że oto znów jestem po amerykańskiej stronie granicy.

 Wrzesień

Kilka dni po powrocie z Kanady i Bostonu, wyruszyłam do Tennessee. Zaczęło się od destylarni Jacka Daniel'sa. Później odwiedziłyśmy Ateny Południa, czyli światową stolicę muzyki country - Nashville, żeby na sam koniec odwiedzić dom króla rock'n'rolla - Elvisa Presley'a. Był to jeden z najlepszych road tripów, a dystans jaki przejechałyśmy w 3 dni ciężko byłoby odtworzyć w Europie ;-)
We wrześniu odwiedziłyśmy Baltimore w związku z odbywającym się tam Polskim Festiwalem. W ten sam weekend zrobiłyśmy nocne zwiedzanie DC, stąd Washington Monument w lewym dolnym rogu. W 2011 roku w tej okolicy odczuwalne było trzęsienie ziemi, które poskutkowało uszkodzeniem pomnika. Rusztowania na obelisku pojawiły się jednak dopiero w kwietniu 2013 roku, a teraz powoli znikają. Wiele osób uważa, że szczególnie w nocy pomnik wyglądał o wiele lepiej z rusztowaniami niż bez. Ja też jestem takiego zdania ;-)

Październik


Dokładnie 1 października siedziałam na plaży w Sandy Point State Park w Annapolis i nie mogłam uwierzyć, że jeszcze jest tak ciepło. Annapolis jest stolicą Maryland, ale kojarzy się przede wszystkim ze znajdującą się tu US Naval Academy (prawy, dolny róg).
Wykorzystując wciąż jeszcze dobrą, październikową pogodę udałyśmy się do Zachodniej Wirginii, by odwiedzić pierwsze SPA w Ameryce (z którego korzystał sam Jerzy Waszyngton!) oraz Harpers Ferry - historyczne miasteczko, któremu nie można odmówić uroku.
Pod koniec miesiąca zrobiło już się chłodniej, jednak pogoda była dobra na tyle, żeby wyskoczyć w weekend do Pennsylvanii, by zobaczyć jak naprawdę żyją Amisze.
Koniec października w Ameryce utożsamiany jest tylko z jednym - Halloween.

 Listopad


Listopad również zaliczam do miesięcy, gdy na nudę naprawdę nie mogłam narzekać. Zaczęło się od pójścia na Marine Corps Birthday Ball, później odwiedziła mnie Monika i zaczął się tydzień z deficytem spania jednak z nadmiarem śmiechu. Pokazałam jej Waszyngton, Baltimore, Alexandrię, National Harbor oraz Manassas Battlefield. Zaledwie 2 dni po jej wyjeździe ja sama wsiadałam w samolot, żeby odwiedzić swoją rodzinę i przyjaciół w Polsce.

Grudzień

Po 6 dniach od powrotu z Polski pojechałam do Nowego Jorku, żeby spełnić moje ostatnie marzenie dotyczące tego miasta, a mianowicie żeby zobaczyć jak wygląda skąpany w milionach świątecznych światełek. Pogoda była idealna - w sobotę była prawdziwa zima, która sprawiła, że miasto wyglądało cudownie. Następnego dnia wszystko stopniało, zrobiło się cieplej - idealnie by pospacerować po mieście.
Święta Bożego Narodzenia okazały się lepsze niż w najśmielszych marzeniach. Razem z moją host rodziną pojechałam do Kalifornii - dokładniej nad Jezioro Tahoe. Widoki były nieziemskie, chyba tylko uszy stanęły na przeszkodzie uśmiechowi dookoła głowy! ;-) Nie mogłam być ze swoją rodziną, ale byłam z ludźmi, którzy się nią stali na ten rok. Na samo zakończenie pojechaliśmy do San Fancisco nad Golden Gate Bridge. Zupełnie się tego nie spodziewałam, tym większa była moja radość!

Gdy teraz patrzę na to wszystko, co wydarzyło się w 2013 roku to chyba stać mnie tylko na to, żeby powiedzieć "WOW, ten rok był nieziemski!". I taka jest prawda - chyba  żaden rok wcześniej nie był aż tak intensywny jak ten, w żadnym poprzednim roku nie zobaczyłam tyle ile w tym, i chyba żaden nie był wypełniony tyloma emocjami od początku do samego końca.

Gdy stanęłam w Stambule między Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Myślałam, że serce mi eksploduje, bo oto właśnie spełniło się jedno z moich marzeń. Po tamtym marzeniu przyszła pora na kolejne i z każdym spełnionym marzeniem przychodzi następne, nowe. I znów, na sam koniec roku, doznałam uczucia, że serce chce mi eksplodować. Tym razem dzięki Golden Gate Bridge. Gdyby ktoś mi powiedział, że się tam znajdę - na pewno bym nie uwierzyła. Planowałam wyjazd do Kalifornii, by zobaczyć wszystko co najlepsze wzdłuż Wybrzeża, jednak nie spodziewałam się, że dane mi będzie zobaczyć część San Francisco tak szybko.

Doświadczenia nie tylko z minionego roku, ale z niego w szczególności pokazują mi, że naprawdę wszystko jest możliwe, wszystko się może zdarzyć. Wiele zobaczyłam, jednak uświadomiło mi to tylko to, jaki świat jest wielki i tak naprawdę życie jest za krótkie żeby to wszystko zobaczyć.

365 dni temu wylądowałam w Nowym Jorku i wiele się zmieniło od tamtego czasu. Za 16 dni wyjeżdżam z DC, ale na pewno tu jeszcze wrócę. Nie tylko dla miasta, ale przede wszystkim dla mojej host family, która okazała się najlepszą jaką mogłam znaleźć. Może nawet wrócę tutaj wcześniej niż za rok, ale tego jeszcze nie wie nikt.

Za 16 dni przyjdzie czas ciężkich pożegnań, ruszę w zupełnie innym kierunku.

Jakkolwiek by nie było, warto jednak wierzyć, że the best is yet to come!